don't come knocking

2006-03-04 00:44:17



trzeba to jakoś zamknąć. złożyć razem, w jedną całość. ująć w nawias, choć nic właściwie się nie kończy. zaczyna się w niedzielę, koło drugiej w nocy, długo oczekiwanym wstrząsem. atomowa zagłada okazuje się niepotrzebna, wystarczy nagła utrata świadomości i godzina dość makabrycznych wydarzeń, których przebiegu nadal nie udało mi się ustalić. biegnie dalej tygodniem bolesnych wymiotów, wyrzutów sumienia, tłumaczeń i niezręcznych sytuacji. kończy się (albo tylko przystaje) dzisiaj w nocy na wendersie, na kowboju, który zaczął myśleć trochę za późno.

babcia mówi przez telefon, że dwudzieste pierwsze urodziny były kiedyś progiem dojrzałości, choć jak wiadomo, dojrzałość jest sprawą indywidualną. zresztą dojrzałość to coś, co przytrafia się innym - tak można myśleć, dopóki nie stanie się nad skrajem właśnie. więc nie chodzi o ludzkość u progu zagłady, ale raczej o spojrzenie na siebie w miejscu, za którym można się już tylko bezwładnie toczyć. a jednak - trzy lata to wielka różnica.

czasem trzeba obejrzeć się do tyłu, choćby po to, żeby zobaczyć, dokąd nie chce się wracać. na to dla mnie jeszcze za blisko.

skomentuj (10)
Strona główna