Krajobraz jak krajobraz. Biało po horyzont, śnieży, drzewa uginają się pod ciężarem, nawet pnie są białe. Coś we mnie umiera, karleje, zanika. I to akurat jest normalne, gorzej, że nic się nie rodzi. Degradacja, degeneracja. Ale Platon nie mógł mieć racji, prawa rozwoju nie mogą być bezwarunkowe - tu z chęcią przypomnę sobie słowa Karla Raimunda P. czytane przed jakimś egzaminem. A więc „jeśli, to”. Znalezienie poprzednika mogłoby rozwiązać problem. Może później. Tymczasem Stan Getz i Bill Evans smęcą niemiłosiernie, co wprawia mnie w smutny nastrój. (Potem Stan zagra Billowi Happy birthday to you, kiedy będę przechodził pod pomarańczowym światłem zaśnieżonych latarń, ale tego już nie doświadczycie, jeśli nie ukradliście odpowiedniej płyty). Muzyka, pogoda, te wszystkie niby-problemy. Pójdę na imprezę, pójdę spać, jutro znów wzejdzie słońce. Potrzeba jest wszak matką wynalazków. Wiara odkrywana przez niesprzyjające okoliczności.