czekam na coś, to znaczy czekam, aż przyjdzie. chyba kataklizm czy coś, nuklearną wojnę, krawędź ludzkości - jakoś tak. wstrząs po prostu, zimne zderzenie kości potylicznej z dwukilowym młotkiem, cios w szczękę, upadek, z którego można by się podnieść. to znaczy czekam, aż coś zmusi mnie do wysiłku przez zastosowanie zasady ostatniej chwili czy też ostatniej szansy - trudno leżeć do góry brzuchem, kiedy ziemia pęka pod stopami - jakieś takie skojarzenie. bo z lenistwa niemal tracę tożsamość.
parę lat temu grupka oszołomów stwierdziła, że w 2007 w Amerykę walnie wielka kometa i ludzkość stanie na skraju zagłady. biorąc pod uwagę sprawdzalność takich proroctw, nie ma dla mnie nadziei.