w nowy rok wchodzimy pijani. zalani wódką, piwem i wszystkim, co akurat było pod ręką. łapiemy się ścian i boimy śliskiej podłogi w piwnicy, gdzie przy słabym świetle zmrożony absolut płynie na stół i do kieliszków. o 23:53 ktoś trzeźwo przypomina o zbliżającej się godzinie zero, ktoś inny wkłada mi w ręce butelkę szampana. przytulamy się do siebie i podajemy sobie ręce życząc dużo miłości ("bo zdrowie jest najważniejsze...").
ale życząc im, może mniej zdradzam a bardziej uświadamiam sobie, czego mi najbardziej brakuje. kiedy mówię to, czego tak bardzo nie lubisz słuchać, pijani przewracamy się na fotel, a moje kolano o mało nie wbija ci się w brzuch. potem w twoim szaleńczym tańcu ktoś odkryje tragiczną ambiwalencję, ale nawet ona nie jest w stanie mnie dzisiaj zbawić. nie martw się, nie lubię ostatecznych rozwiązań.
wszyscy doskonale wiemy, że to przejście jest czysto symboliczne i nieważne, czy dokonujemy go po pijaku czy na trzeźwo. jedyną zmianą, jaką zauważę, będzie konieczność przywyczajenia się do nowej cyferki na końcu - co przyniesie początkowo pewien powiew świeżości - równie iluzorycznej, równie de facto beznadziejnej.